Tekst jest gotowy. Rozdziały poukładane, korekta za Tobą. A mimo to coś w środku mówi: „Kim ja jestem, żeby to wydawać? Przecież to nie jest prawdziwa książka. Ja nie jestem prawdziwym autorem”.
Jeśli to brzmi znajomo – to bardzo częste doświadczenie. Syndrom oszusta u autora to jedna z najczęstszych rzeczy, z jakimi przychodzą do mnie osoby wydające pierwszą książkę. Często silniejsza niż lęk przed kosztami czy techniką druku.
Czym jest syndrom oszusta u autora
To przekonanie, że Twoja wiedza, Twoje doświadczenie i Twoje słowa nie są „wystarczające”. Że ktoś zaraz odkryje, że nie masz prawa zabierać głosu. Że inni wiedzą więcej, piszą lepiej, a Ty tylko udajesz.
U autorów z obszaru rozwoju duchowego przybiera to często szczególną formę. Pojawia się myśl: „To nie są moje słowa. Ja tylko przekazuję coś, co przyszło przeze mnie”. Albo: „Wszystko już zostało napisane, po co jeszcze moja książka?”.
Te myśli potrafią zatrzymać tekst w szufladzie na lata.
Historia Magdy i maszyn, które nie chciały ruszyć
Opowiem Ci o Magdzie Polkowskiej i jej książce „Baśnie ludów ziemi”.
Wszystko było przygotowane do druku. Pliki sprawdzone, maszyny gotowe. I nagle, tuż przed startem, sprzęt zaczął zgłaszać błędy, jakich wcześniej nie widzieliśmy. Nikt nie potrafił ich wyjaśnić.
Przejrzałam pliki jeszcze raz, bardzo dokładnie. I zauważyłam jedną rzecz: w całej publikacji nie było podpisu autorki.
Kiedy zapytałam Magdę, powiedziała, że to celowe. Że ona nie jest autorką tych baśni, więc nie może się pod nimi podpisać. Czuła się tylko kimś, kto je spisał.
Powiedziałam jej wprost, że tak być nie może. To ona pozwoliła tym opowieściom się opowiedzieć. Bez niej byłyby martwe, nieopowiedziane.
Magda potrzebowała kilku dni. Potem zdecydowała się złożyć swój podpis w środku książki. A maszyny ruszyły od razu, bez wzywania serwisu.
Możesz tę historię odczytać, jak chcesz. Dla mnie od tamtej pory jest jasne jedno: każda książka to oddzielny byt, który potrzebuje uznania sprawczości swojego twórcy.
Skąd bierze się opór przed podpisaniem się nazwiskiem
Z mojego doświadczenia to rzadko jest brak umiejętności. Najczęściej to:
- lęk przed oceną – bo z nazwiskiem na okładce nie da się już schować,
- poczucie, że trzeba być „kimś”, żeby mieć prawo pisać,
- porównywanie się z autorami, których się czyta i podziwia,
- przekonanie, że tekst musi być idealny, zanim ktokolwiek go zobaczy.
Każda z tych rzeczy jest zrozumiała. I każdą da się oswoić.
Jak dać sobie prawo do bycia autorem
Nie ma jednego ćwiczenia, które raz na zawsze uciszy syndrom oszusta. Są za to kroki, które pomagają przestać traktować go jak wyrocznię.
Nazwij, czyje to słowa
Nawet jeśli czujesz, że przekazujesz coś większego od siebie – to Ty wybierasz te słowa, układasz je w tej kolejności i spędzasz nad nimi godziny. Nikt inny nie napisałby tej książki w ten sposób.
Pokaż tekst jednej zaufanej osobie
Nie całemu światu. Jednej osobie, której ufasz. Lęk przed oceną karmi się wyobrażeniami. Pierwsza prawdziwa reakcja zwykle jest dużo łagodniejsza niż ta, którą sobie dopowiadasz.
Oddziel siebie od techniki
Część lęku to tak naprawdę strach przed tym, czego nie znasz: papierem, formatem, drukiem. Kiedy ktoś zdejmie z Ciebie te decyzje, w głowie robi się miejsce na to, co najważniejsze – na Twój głos.
Zobacz swoje nazwisko na okładce
Dosłownie. Wpisz je na projekcie strony tytułowej, wydrukuj, połóż na biurku. Brzmi niepozornie, ale oswaja. To też jest część procesu.
Twoja książka czeka na Twój podpis
W mentoringu „Droga Autora” pierwszy etap nazywam oswojeniem i ułożeniem. Pracujemy wtedy właśnie z blokadami, syndromem oszusta i lękiem przed wyjściem do świata. Zanim zajmiemy się papierem i nakładem, chcę, żeby Twoje nazwisko na okładce było dla Ciebie czymś naturalnym, a nie powodem do wstydu.
Jeśli czujesz, że to o Tobie, umów się na bezpłatną, 15-minutową rozmowę. Opowiesz mi, gdzie jesteś ze swoim tekstem, a ja podpowiem, od czego zacząć.